Title is pretty much self explanatory. East view cityscape from Slavin Monument. Panorama ingredients were taken at around 2.30 am, just after monument’s lights were switched off. This is stitch of cca. 4 vertical frames, so final result was about 15 000 px horizonaly.

hd photo of Bratislava's eastern cityscape from Slavin at night

There is also zoomable version of this photo.


Dama widoczna na zdjęciach to moja Siostra. Prowadzi poradnię psychoterapeutyczną w Katowicach. Ponieważ chciała zaktualizować stronę internetową, zrobiłem kilka zdjęć na ten cel. Siostrze się podobają i mi też. Zachęcam do odwiedzenia Jej strony i profilu na facebook’u W razie potrzeby zachęcam do kontaktu. Z racji pokrewieństwa nigdy nie siadłem w fotelu pacjenta, ale skądinąd wiem że ma wielu wdzięcznych i zadowolonych klientów.

gosia1gosia2 gosia3  gosia_gabinet


Wspinam się z przerwami od ładnych paru lat, więc temat kontuzji nie jest mi obcy. Urazy barku, kilkukrotne przeciążenia palców, czy naciągniecie tricepsa. Wszystkie jednak leczyły się stosunkowo szybko i nie wymagały niczego poza odrobiną odpoczynku. Jednak ponad 2 lata temu przydarzyła mi się jedna z najbardziej upierdliwych kontuzji wspinaczkowych – łokieć golfisty. Chcąc być precyzyjnym należałoby powiedzieć: zapalenie nadkłykcia przyśrodkowego kości ramiennej. Ale kto to zapamięta. Dla niewtajemniczonych – jest to uraz przyczepów zginaczy nadgarstka, czyli mięśni odpowiadających za ruch nadgarstka „w dół” – jak przy naciskaniu klamki. Objawia się ostrym bólem po wewnętrznej stronie łokcia. Poza urazami palców, trudno o bardziej wspinaczkową kontuzję – wszystkie mięśnie zginające palce zaczynają się w jednym punkcie – od wewnętrznej strony łokcia.  Nie wiedziałem wtedy jeszcze na jak długo wyłączy mnie to z aktywności.

Uraz był typowo przeciążeniowy – bez żadnego szarpnięcia, wyjechania z chwytu czy skręcenia. Ot, pewnego dnia poczułem ból w łokciu przy rozgrzewce na drągu. Ból szybko się pogłębiał, więc zrobiłem sobie przerwę od wspinania. Po paru tygodniach bez poprawy popełniłem pierwszy błąd – udałem się do sędziwego ortopedy i dałem namówić na standardową terapię – czyli pobieżną ocenę kontuzji na podstawie obrazu RTG i szybki zastrzyk kortykosteroidu w łokieć. Ból zniknął bez śladu, a ja po asekuracyjnym miesiącu przerwy i uzyskaniu akceptacji ze strony ortopedy – powróciłem do wspinania. Problem wrócił po niecałym miesiącu i to ze zdwojoną siłą. Łokieć dawał o sobie znać nie tylko na ścianie, ale i przy takich aktywnościach jak podnoszenie plecaka, krojenie chleba, czy wciąganie spodni. Kolejna wizyta u ortopedy i kolejny zastrzyk. A potem jeszcze jeden. Tym razem ból ustępował już tylko na 2 tygodnie, choć przezornie nie wracałem do wspinaczki a zacząłem edukację w temacie i rozejrzałem za dobrym fizjoterapeutą. Sumiennie wykonywałem otrzymane ćwiczenia: hantelek, taśma elastyczna, masaże poprzeczne, rozciąganie. Ortezy, taping, maści i inne duperele. Po kolejnych paru miesiącach takiego traktowania ręki, nic się nie zmieniło. Nie było nawet mowy o komfortowym trzymaniu się drążka, o podciąganiu nie wspominając. O powrocie na ścianę oczywiście nie było mowy.

Przyszła kolej na cięższe działa. Wszędzie trafiałem na optymistyczne informacje o ostrzykiwaniu osoczem bogatopłytkowym, więc postanowiłem spróbować. W skrócie polega to na pobraniu krwi własnej pacjenta, odwirowaniu jej i wstrzyknięciu w miejsce awarii. Opinie na temat skuteczności tej metody wśród fachowców są skrajnie różne. Cenniki również – od 200 do 2000 zł. Warto przy tym dodać że zwykle sugeruje się konieczność kilkukrotnego powtórzenia zabiegu. Zastrzyk okazał się niezbyt przyjemnym doświadczeniem. Boli jak cholera w trakcie wstrzykiwania i przez jakiś tydzień po. Ale nie ma się co mazać, skoro alternatywą jest życie na głodzie wspinaczkowym. Po wygojeniu jasnym się jednak stało że osocze nie pomogło. Zastrzyk powtórzyłem jeszcze raz, ale i tym razem bez skutku. W tym czasie mijał już niemal 2 rok przerwy we wspinaczce. W akcie desperacji postanowiłem uderzyć do najlepszych. Po zasięgnięciu języka wyszło mi że to w Warszawie – ortopeda który jest wysokiej klasy specjalistą od kontuzji sportowych i posiada czarny pas w badaniach USG. Obejrzał mnie dokładnie za pomocą skomplikowanej maszyny ktora robiła “ping”, wysłuchał uważnie co miałem do powiedzenia, obejrzał zdjęcia i powiedział, że skoro to się tak długo utrzymuje to on niewiele może zrobić. Że jeśli bardzo mi ten ból przeszkadza to można operować – ale po takim zabiegu nie mam co liczyć na odzyskanie pełnej sprawności w ręce. No to podziękowałem. W życiu codziennym ukłucia bólu aż tak bardzo mi nie przeszkadzały a pełną sprawność w ręce chciałem odzyskać z jednego powodu – buldering.

Obraziłem się na ortopedów, obraziłem się na fizjoterapeutów i doszedłem do wniosku, że skoro nic nie da się zrobić to ja i tak wracam do treningów – może nie będzie lepiej, ale może i nie będzie gorzej. W końcu nie muszę iść po rekordy, po prostu chcę się wspinać. Postanowiłem też nie używać ortez ani plastrów. Pozostałem jedynie przy masażach poprzecznych, rozciąganiu i nagrzewaniu promiennikiem IR, który właśnie kupiłem. Przez pierwszy miesiąc po dwuletniej przerwie wspinałem się bardzo ostrożnie. Prawej ręki prawie nie używałem. Robiłem kilometry dróg o trudnościach „drabinowych”. No i kurowałem zakwasy. Drugiego miesiąca poczułem że z ręką jest jakby trochę lepiej i zwiększyłem częstotliwość wizyt na ścianie. Trzeciego miesiąca zacząłem wstawiać się w prostsze buldery, ignorując pojawiający się czasem ból. Teraz mija piąty miesiąc od mojego powrotu. Łokieć praktycznie nie boli a ja prawie wróciłem do pierwotnej formy. Ot tak.

W związku z powyższą przygodą mam parę wniosków. Nie jestem lekarzem i nie posiadam specjalistycznej wiedzy, ale po rozmowach z 5 ortopedami i 3 fizjoterapeutami, po przebrnięciu przez kilogramy materiałów i wysłuchaniu skrajnie różnych opinii, odnoszę wrażenie że oni też nie wszystko wiedzą.

Zatem po pierwsze – jeśli to tylko możliwe, unikaj zastrzyków kortykosteroidowych. Więcej z nich szkody niż pożytku. Zastrzyki wielokrotnie powtarzane mogą prowadzić do zmian w ścięgnach, co może być znacznie większym problemem niż leczona kontuzja. Poza tym maskują ból, sprawiając, że łatwo wrócić do obciążania uszkodzonego miejsca zbyt wcześnie. Ból jest istotną informacją ze strony organizmu. Jeśli nie przeszkadza ci w codziennym funkcjonowaniu, to zostaw go w spokoju. Odłóż leki przeciwzapalne i przeciwobrzękowe. Opuchlizna to naturalna reakcja organizmu, nie powstaje bez przyczyny i ma swój cel. Lód też ma działanie wyłącznie przeciwbólowe. Coraz częściej słychać że słynna metoda traktowania kontuzji R.I.C.E. (elewacja, schłodzenie, ucisk i odpoczynek) wcale nie jest taka dobra – zwłaszcza przy kontuzjach ścięgien i więzadeł. Lekarze nadużywają zastrzyków kortykosteroidowych bo to proste i na krótką metę skuteczne. Pacjent przychodzi z bólem, wychodzi po 15 minutach, a na drugi dzień nic nie boli. Czary mary. To, że przyczyna jest zamaskowana a nie wyleczona to inna sprawa. Taki sposób może całkiem dobrze sprawdzać się w leczeniu kontuzji u ludzi którzy prowadzą statyczny tryb życia i nie przeciążają ciała regularnie, a uraz był raczej efektem jakiegoś jednorazowego zdarzenia. Choć i tak dobrze by było gdyby wiedzieli, że na miejsce kontuzji trzeba uważać, mimo że ból nie jest już odczuwalny.

Nie trać czasu i pieniędzy na leczenie osoczem bogatopłytkowym. Być może coś w tym jest, ale w tej chwili wiarygodnych danych jest zbyt mało. Osoczem próbuje się leczyć wszystko. Począwszy od kontuzji, poprzez alergię a na łysieniu kończąc. Do tego agresywny marketing, obiecywanie gruszek na wierzbie i rozrzut cenowy zupełnie nieprzystający do rodzaju zabiegu. Naprawdę trudno znaleźć wiarygodne dane na temat skuteczności tej metody.

O skuteczności elektrostymulacji i ultradźwięków opinie są różne. Możliwe że to zależy od rodzaju kontuzji. W moim przypadku reakcja organizmu była zerowa. Skuteczność fizjoterapii też na pewno zależy on natury usterki. W każdym razie, na początek lepiej wybrać się do doświadczonego fizjoterapeuty niż do człowieka który cię przywita ze ze strzykawką w ręku.

Z rzeczy które według mnie mogły mieć pozytywny wpływ na wyjście z kontuzji to:

– Regularny masaż poprzeczny – w poprzek włókien mięśniowych, dokładne w miejscu bólu. Taki masaż nie jest przyjemny i taki ma być. Nie jest to szczególnie skomplikowane i można nauczyć się z jednego z tysięcy materiałów online. Choć może lepiej, jeśli dobry fizjoterapeuta pokaże dokładnie jak go wykonać.

– Naświetlania lampą IR. Taki promiennik 150W na zwykły gwint E27 można kupić za parędziesiąt złotych. Dogłębnie nagrzewa tkanki i stanowi bardzo dobry wstęp do rozciągania kontuzjowanego miejsca. Taka lampa spisuje się też doskonale do łagodzenia zakwasów po intensywnym treningu. Jeśli nie masz dostępu lub nie lubisz sauny, taka lampa może stanowić bardzo dobrą alternatywę.

– No i regularny trening mięśni antagonistycznych. Czyli przeciwstawnych do dominujących w danym sporcie. Wielokrotnie słyszałem i czytałem że większość kontuzji przeciążeniowych bierze się z asymetryczności w rozwoju siły mięśni. Coś w tym pewnie jest.

No i tyle. Powtórzę raz jeszcze, że nie jestem specjalistą a jedynie dzielę się swoimi doświadczeniami i historią o tym jak to niepotrzebnie straciłem 2 sezony. Może komuś się przyda.

Stoval


Here http://www.elcaminitodelrey.com/ you can find very nicely done virtual tour of Caminito del Rey via ferrata in El Chorro, Spain. Too bad I wasn’t making panoramas yet when I went there few years ago. Views were breathtaking. Although, I think that famous “danger factor” of this route was highly overrated. Path was nicely protected with steel cable, so as long as you knew what you were doing, you were pretty much safe. Anyway… unfortunately this amazing path is no more. It have been reconstructed last year. Now it looks more like mountain highway – wide wooden path with railings and excitement of Sunday walk. Below there are some photos I made during trip to El Chorro.
el_chorro_05el_chorro_01 el_chorro_02el_chorro_03el_chorro_06el_chorro_04